Czy słyszałeś kiedyś o masażu dźwiękiem? Wywiad z dźwiękoterapeutą Robertem Noble.

Czy słyszałeś kiedyś o masażu dźwiękiem? Jeśli jesteś osobą cierpiącą na stany lękowe, depresje i stres, lub po prostu szukasz odprężenia i relaksu, to zdecydowanie powinieneś zainteresować się tym zagadnieniem. Wibracja o odpowiedniej częstotliwości potrafi zdziałać cuda i wprowadzić twoje ciało w odmienny stan świadomości, podobnie jak podczas zaawansowanej medytacji. Na jakich instrumentach przeprowadza się masaże dźwiękiem i co tak na prawdę dzieje się z naszym ciałem i umysłem podczas takiego zabiegu? O dźwiękoterapii rozmawiałem kilka dni temu z Robertem Noble, założycielem Instytutu Noble, dźwiękoterapeutą i miłośnikiem rozwoju zdolności psychicznych.

Kamil Jędrasik: Cześć Robert! Chciałem porozmawiać z Tobą nieco na temat dźwiękoterapii oraz masażu dźwiękiem. Z twojej strony internetowej można wywnioskować, że pochłania to obecnie dużą część twojego czasu.

Robert Noble: Faktycznie ostatnio coraz częściej zajmuję się pracą z dźwiękiem. Ostatnio przeprowadzam tzw. masaże mocy. Są to kompletne ceremonie podczas których pracujemy zarówno ze swoją świadomością jak i podświadomością. W tej pracy wykorzystujemy przede wszystkim dźwięki mis kryształowych które oddziałują na słuchacza zarówno na poziomie fizycznym jak i duchowym, a także bębnów. Są to podstawowe instrumenty którymi operujemy. Dodatkowo gramy także na grzechotkach oraz dzwonkach koshi.

Czym tak właściwie jest dźwiękoterapia? Co podczas takiej terapii dzieje się z naszym ciałem?

Jako przykład weźmy właśnie misy kryształowe. Nasze ciało wchodzi wtedy w stan przyjemnego uśpienia, jednakże bez utraty przytomności. Ciało bardzo mocno się odpręża. Niesamowita jest także wibracja, która dosłownie przeszywa ciało uczestnika i masuje jego wnętrze. Cały urok polega jednak na tym, że stosunkowo ciężko o tym opowiadać. Należy po prostu zaznać takiego masażu. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że podczas masażu wchodzimy w stan tak błogiego odprężenia, że pomimo iż dźwięki o których mówimy są na prawdę głośne, po pewnym czasie przestajemy zwracać na nie uwagę.
Z drugiej strony każdy reaguje na pewne brzmienia inaczej. Spotkałem się kiedyś z osobą, która stwierdziła że dźwięki mis działają drażniąco. W jej przypadku problemem nie były jednak dźwięki same w sobie. Blokady energetyczne wewnątrz tej osoby nie pozwalały jej czerpać korzyści z naszego koncertu. Był to jednakże dotychczas jedyny taki przypadek. Większość uczestników od razu zakochuje się w dźwięku mis.

IMG_4372

Skoro decybele schodzą gdzieś na drugi na plan, to co w takim razie ma największe znaczenie? Częstotliwość?

Tak, przede wszystkim częstotliwość wibracji.

Jaki jest profil uczestnika masażu dŹwiękiem? Czy przychodzą do was tylko osoby szukające po prostu odprężenia, a może także te cierpiące na stres oraz inne schorzenia?

Przychodzą do nas na prawdę różne osoby. Od pasjonatów ezoteryki lub medytacji, aż do ludzi którzy nie wierzą w energie i nazwijmy to zjawiska paranormalne. Nie ma to jednak większego znaczenia. Nie potrzebna jest żadna wiara. Wystarczy się położyć i zrelaksować.
Przeważnie przychodzą jednak do nas ludzie, którzy chcą sobie pomóc, mają stany lękowe, depresje lub nie radzą sobie w życiu. Niektórzy sami twierdzą że mają blokady energetyczne, które chcą z siebie zdjąć. Zdecydowana większość z nich wychodzi z masażu bardzo pozytywnie zaskoczona.

Na ile skuteczna jest jednorazowa sesja? Czy zaledwie pojedynczy masaż dźwiękiem może przynieść osobie ze stanami lękowymi lub depresją zauważalne rezultaty?

Jednorazowa sesja przynosi zauważalne efekty w postaci lepszego samopoczucia i odprężenia. Niektórzy mówią że czują się tak rozluźnieni jak po wypiciu małej ilości alkoholu. Taki efekt potrafi utrzymać się nawet przez kilka dni. Jednakże oczywiście im częściej uczestniczy się w takich masażach, tym lepsze rezultaty można osiągnąć.

Cały czas mówimy jednak o misach kryształowych. Tymczasem czy słyszałeś może o misach tybetańskich?

Tak, grałem nawet na nich jeden koncert. Jeśli miałbym je porównywać, misy tybetańskie mają tę zaletę, że można je kłaść na ciało i, uderzając w nie pałeczką, masować w ten sposób uczestnika za pomocą wibracji. W przypadku mis kryształowych nie jest to możliwe, ale ich dźwięk jest natomiast o wiele czystszy, bardziej jakościowy. Oba rodzaje mis mają jednak ogromne możliwości i ciężko powiedzieć które są lepsze. Obecnie pracujemy na misach kryształowych, ale mamy w planach łączone sesje z wykorzystaniem obu instrumentów.

W jakiej pozycji jest ułożony człowiek podczas masażu dźwiękiem?

Osobiście zalecam pozycję leżącą, na materacu. Nie ma znaczenia czy jesteśmy zwróceni głową w stronę mis, czy też nie. Pozycja leżąca ułatwia koncentrację i wykorzystujemy ją także podczas tzw. szamańskich podróży z wykorzystaniem bębna, które także przeprowadzamy.

Podróż szamańska? Wow! Jak wygląda taka ceremonia? Istnieje przecież wiele tradycji szamańskich.

W naszym przypadku podróż szamańska polega na wygrywaniu na bębnie za pomocą pałeczki jednostajnego, monotonnego rytmu. Powoduje to wejście w pewnego rodzaju trans podobny do snu na jawie. Jest wtedy możliwe wystąpienie wizji, jako że znajdujemy się wówczas na granicy snu, zachowując przytomność. Jest to bardzo ciekawe, ponieważ cały czas mamy kontrolę nad doświadczeniem. Oczywiście, zdarzają się sytuację w których uczestnik może odpłynąć…

Tak jak w przypadku medytacji.

Dokładnie. Podczas medytacji można być skupionym, albo po prostu zasnąć. Tak samo wygląda to w przypadku naszych podróży szamańskich.

Co jeszcze wykorzystujesz podczas swoich sesji dźwiękoterapii?

Uważam, że podczas pracy z energiami wręcz konieczne jest kadzenie białą szałwią, palo santo, kadzidłami żywicznymi lub agnihotrą. Na początku podchodziłem do tego aspektu sceptycznie. Myślałem, że chodzi tylko o stworzenia pewnego klimatu, który ma sprzyjać masażowi. Z czasem zacząłem zauważać jednak ogromną różnicę po zastosowaniu białej szałwii. Czułem się zupełnie inaczej, zdecydowanie lepiej. Okazało się więc, że nie jest to kwestia placebo. Do agnihotry także przekonywałem się długo, ale obecnie uważam ją za fantastyczny element masażu, który znakomicie oczyszcza energię.

agniohtra_fire_6
Agnihotra
Jak długo może trwać jednorazowa sesja z misami kryształowymi tudzież bębnami?

Podróże szamańskie trwają zazwyczaj nie dłużej niż pół godziny, W przypadku mis początkowo także zaczynamy od około 30 minut, tak aby można było zaznajomić się z instrumentem i wibracją. Doświadczonym uczestnikom proponujemy już natomiast dłuższe koncerty, trwające około godziny.

Czy podczas pojedynczej sesji łączycie oba rodzaje instrumentów, zarówno misy jak i bębny?

Nie, zawsze będą to dwie oddzielne ceremonie.

W jaki sposób rozpocząć naukę gry na misach kryształowych?

To bardzo ciekawe pytanie. Widziałem różne szkolenia  dotyczące gry na misach, w tym wypadku tybetańskich. Na początku byłem trochę przerażony, jako że były to stosunkowo drogie kursy. Miałem przeświadczenie, że początkowo trzeba zacząć od mniejszej misy. Okazuje się jednak, że w przypadku mis gra się intuicyjnie. Obojętnie jakby się zagrało, to i tak będzie dobrze. Nie ma znaczenia, czy rozpoczniemy grę od misy która odpowiada dajmy na to czakrze podstawy, czy czakrze korony. Gra się całkowicie instynktownie. Oczywiście podczas gry zwraca się uwagę na odbiorcę. Przykładowo, jeśli widać że jest jakiś problem  na czakrze trzeciego oka, to można rozkręcić w odpowiedni sposób odpowiadającą jej misę. Tak dzieje się jednak tylko w sytuacjach kiedy ewidentnie widać pobudzenie pewnego rodzaju energii.

Czyli jednak trzeba mieć pewną wiedzę na temat mis.

Tak, ale z drugiej strony w żaden sposób nie można zaszkodzić grą na misach. Nie są one typowym instrumentem. Jedynym przeciwwskazaniem jest w zasadzie posiadanie rozrusznika serca, z racji że dźwięki i wibracje im towarzyszące są zbyt intensywne i mogą rozregulować to urządzenie. Powiedziałbym,  że tak jak ktoś zagra, tak ma być. Duże znaczenie odgrywa w tym przypadku intuicja.

Z tego co mówisz wynika, że każda sesja jest inna od poprzedniej.

Dokładnie tak, zgadza się.

Z czego wykonane są misy kryształowe?

W około 98% misy kryształowe wykonane są z kwarcu. Wyrabia się one przede wszystkim w Chinach.

Jaka jest przyszłość dźwiękoterapii w Polsce?

Daje się odczuć, że coraz więcej osób interesuje się tą tematyką. Rośnie popularność nie tylko mis tybetańskich, ale także kryształowych, o których jeszcze kilka miesięcy temu było w Polsce głucho. Widzę także, że bardziej powszechna staje się praca z bębnami oraz kamertonami.

A na koniec, tak z ciekawości, jakbyś przekonał do mis kryształowych osobę, która nie wierzy w ezoterykę i nie ma żadnego pojęcia na temat czakr oraz energii?

Nauka udowodniła, że misy synchronizują półkule mózgowe, wyzwalając w nas większy potencjał umysłowy. Inną kwestią jest natomiast kwestia energetyczna. Nie trzeba wierzyć w czakry. Nie ma to żadnego znaczenia. Osoba dla której nie istnieją żadne energie, ma po prostu zrelaksować się i skorzystać z seansu mis kryształowych na swój sposób, zgłębiając samego siebie. To jest najważniejsze.

 

 

Turystyka futbolowa, czyli Madryt w dzień madryckiego finału Champions League

Do Madrytu wybierałem się już od dłuższego czasu. W ogóle często wybieram się gdzieś od dłuższego czasu, ale to chyba przypadłość ludzi-podróżników. Mnogość miejsc od odhaczenia na naszych listach „must-see” zawsze wygrywa z rzeczywistością. Obecnie mieszkam jakieś 400 kilometrów od stolicy Hiszpanii i mam tam wielu znajomych, ale mimo tego już od kilku miesięcy inne miejscowości sukcesywnie spychały biednego hiszpańskiego kolosa gdzieś na dalsze miejsca mojej prywatnej listy. Potrzebna była dodatkowa motywacja, jakiś impuls. No i mniej więcej wtedy, na początku maja, okazało się, że w finale Champions League zmierzą się ze sobą Atlético oraz Real. Notka dla laików/osób totalnie odciętych od mainstreamu: obie ekipy reprezentują właśnie Madryt.
Mimo że nie jestem wielkim kibicem piłki nożnej, mieszkając w Hiszpanii w zasadzie ciężko być wobec tego sportu obojętnym. Futbol, trochę tak jak w Polsce pogoda, jest tam głównym tematem smalltalk’u. Sprzeczki fanów Barcelony i Realu słychać zarówno w biurach jak i na przedszkolnych podwórkach, a jedyny program telewizyjny jaki widziałem dotychczas w Hiszpanii dotyczył problemu rodziców którzy oglądając mecze własnych dzieci, podekscytowani odchodzą od zmysłów i obrażają sędziów. Tak, ten kraj aż kipi futbolem. Dlatego też nie mogłem odmówić sobie wyjazdu do Madrytu w dzień finału Ligi Mistrzów, będącego starciem między dwoma lokalnymi klubami. Chodzi w końcu o najważniejszy mecz sezonu w samym sercu kraju, w którym piłką się oddycha, a kluczowy był fakt, że niezależnie od zwycięzcy można było liczyć na celebracyjną fiestę.

REAL MADRID - ATLETICO MADRID CHAMPINS LEAGUE FINAL 2016-623x351

 

Finał miał miejsce w sobotę, ale już w piątkowy wieczór dało odczuć się w Madrycie klimat nadchodzącego spotkania. Kiedy zapytałem mojego Blabla szofera o powód dla którego jedzie do Madrytu, odpowiedział że odwiedza swoją dziewczynę, ale nie ukrywa że nie jest to jedyny powód [(jeje) tłum. hehe]. Na ulicach zaś już wtedy dało się dostrzec wiele osób obu płci ubranych w koszulki jednej tudzież drugiej ekipy. Pierwszą połowę soboty przeznaczyliśmy razem z moim kumplem Marcinem oraz grupką hiszpańskich znajomych na zwiedzanie Eskorialu oraz podmiejskie grillowanie (chorizo wygrywa z polską kiełbą!). Późnym popołudniem wróciliśmy do Madrytu. Ulice były w zasadzie puste. Na początku planowaliśmy udać się do jednego z wielu setek barów, ale ostatecznie wybraliśmy opcję komfort w mieszkaniu w kamienicy w centrum. Tam też w gronie kilku osób wspierających tego dnia zarówno Real jak i Atlético, przy akompaniamencie wina i śmiechu, mogliśmy rozkoszować się prawdziwym piłkarskim spektaklem. Kto chciał oglądać mecz, ten na pewno go obejrzał, a wynik także jest powszechnie wiadomy. Nie będę więc komentował samego spotkania. Warto powiedzieć zaś kilka słów o atmosferze, która panowała na mieście po spotkaniu.

Tuż po serii rzutów karnych udaliśmy się na spacer po centrum Madrytu. Sztuczne ognie rozświetlały gdzieniegdzie nocne niebo. Atmosfera na ulicach przypominała tę panującą na letnich festiwalach muzycznych. Mnóstwo kolorowych ludzi z całego świata wyczołgiwało się z barów i mieszkań, aby kontynuować wieczorną wędrówkę. Na chodnikach kwitł handel podróbkami gadżetów obu drużyn. Moja prywatna statystyka mówi że 70% przejeżdżających samochodów rozbrzmiewało symfonią klaksonów, euforycznych krzyków i powiewających szalików lub flag. Krótko mówiąc działo się, chociaż ciężko mi stwierdzić czy ubiegła sobota różniła się pod tym względem od jakiejkolwiek innej. Mówimy w końcu o stolicy kraju fiesty. Na uwagę zasługuje za to z pewnością fakt, że nie zauważyłem żadnego przejawu agresji kibiców jednej drużyny w stosunku do drugiej. Jeśli wyobrazimy sobie finał Ligi Mistrzów między warszawską Legią a Polonią, to jedyne co mogłoby dorównać mu poziomem abstrakcji byłby chyba właśnie pokój między kibicami tych zespołów. Dało się dostrzec trochę smutku, ale bezspornie dominowała czysta radość i przemieszanie się fanów obu ekip. Chyba właśnie to poczucie ogólnego szczęścia i swobody jest tym co najbardziej utkwiło mi w głowie po pobycie w Madrycie.

Następnego dnia, na deser, urządziliśmy sobie miejską wycieczkę rowerową. Te same ulice, które poprzedniego wieczora roiły się od spragnionych zabawy kibiców, w niedzielne południe przepełnione były turystami i spacerującymi rodzinami. Objechaliśmy szybko Parque del Retiro, zobaczyliśmy Plaza Mayor, Prado i Pałac Królewski i z poczuciem dobrze spędzonego weekendu wsiedliśmy w powrotnego Blablacara.

Wniosek: o jakimkolwiek sporcie byśmy nie mówili, wspierajmy swoich ulubionych zawodników i drużyny, ale nie zapominajmy o szacunku i miłości dla dyscypliny, ponieważ one także budują niezwykłość naszego przeżycia!

Przypomnienie: Dlaczego należy doceniać naturę?

Drzewa są niesamowite, drzewa są ważne, drzewa są inspirujące, drzewa są piękną definicją natury. Żyjemy w czasach w których jedni uznaliby takie stwierdzenie za przejaw ześwirowania, a drudzy za coś tak oczywistego, że wręcz niewartego dalszej dyskusji. No bo co tu więcej dodać? Wiadomo, że natura fajna, że drzewa wytwarzają tlen i że kiedyś to otaczało nas więcej zieleni. No i tak można ględzić, dodając jeszcze że owoce i warzywa są zdrowe, a po tej pasywnej wymianie myśli każdy i tak wróci do swoich biur, obowiązków, stresów nie wyciągnąwszy z niej większej wartości.
Nie jestem skrajnym animistą ani hipisem. Przyznam, że nie wyobrażam sobie wieść paleo żywotu, ani nawet osiedlenia się na stałe na wsi. Mimo że żyjemy w dziwnych czasach ciągłych przemian, są to chyba najbezpieczniejsze czasy w historii ludzkości które stwarzają nam sporo możliwości poprowadzenia swojego życia. Piszę jednak ten artykuł, abyś nie zatracił świadomości tego, jak ważna w twoim życiu jest przyroda. Człowiek nie narodził się w miastach. Nasze korzenie nie przebijały się przez beton, szkło oraz plątaninę rur i kabli. Doszliśmy tu gdzie jesteśmy obecnie po wielu tysiącleciach szacunku wobec słońca i otaczającej nas natury. Przyznam, że jakość mojego życia zdecydowanie polepszyła się odkąd regularnie raz na jakiś czas spacerują po szlakach przyrodniczych. Żaden trening na siłowni ani na salce nie jest w stanie zmusić mojego organizmu do wyprodukowania tylu endorfin co przebieżka po górach albo kilkugodzinny spacer poza miastem. Gdy wracam potem do codziennych obowiązków, jestem stabilny emocjonalnie, nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi a ze stresem nie muszę sobie radzić bo po prostu go nie ma.

Faktycznie obecnie mam to szczęście, że mieszkam w małym mieście. W metropoliach trudniej jest uciec od zgiełku. Nie pomagają projekty likwidacji parków, takie jak ten z 2011 roku na warszawskim Powiślu lub z 2014 roku w Rybniku. Być może ciężko zaliczyć Rybnik do metropolii, ale miejscowość ta znajduje się jednak w jednym z najbardziej zanieczyszczonych regionów Polski. Niestety w tym przypadku z troską o zdrowie mieszkańców wygrała chęć budowy nowego centrum handlowego.

z17625724Q,Park-przed-i-po-wycince
Park w Rybniku. Przed i po.

Ciężko nie być rozgoryczonym , ale zamiast tego zastanów się jednak co dobrego możesz zrobić dla siebie będąc w obecnym położeniu. A zrobić możesz wiele. Przede wszystkim częściej wybierać się do tych parków których jeszcze nie wykarczowano. Z wyłączonym telefonem i bez poczucia, że za godzinę musisz coś zrobić albo gdzieś być. Nie ma też nic trudnego w zaszczepieniu bardziej naturalnego podejścia u swoich znajomych i organizowaniu podmiejskich, leśnych wycieczek raz na 3 tygodnie. Organizuj częstsze wypady na działkę, szczególnie w nadchodzące letnie miesiące. Na pewno znasz to uczucie, kiedy wracasz z urlopu z naładowanymi bateriami. Doświadczysz tego samego jeśli chociaż raz w tygodniu urządzisz sobie trening w naturze. Zamiast jechać na siłownię i biegać po mechanicznej bieżni, podjedź do podmiejskiego lasku i tam urządź sobie trening. Zachęca do tego Antoni Huczyński, czyli słynny Dziarski Dziadek. Myślę, że można zaufać w tej kwestii 92-letniemu facetowi, któremu formy pozazdrościć może wielu z nas. Ciekawą infografikę dotyczącą leśnych treningów przedstawiła także Jolanta Studzienna, wielokrotna reprezentantka Polski w siatkówkę.

Mieszkaniec miejskiej dżungli dożył czasów w których gdy zatrzyma się na moment, zdejmie słuchawki i rozejrzy się wokół siebie, to w większości przypadków zobaczy więcej betonu i szkła, niż trawy i drzew. W chwilach stresu nie zapominaj jednak o tym, że jesteś częścią ekosystemu bez którego byś nie istniał. Rozwiązania często leżą bliżej niż nam się wydaje.

12932593_10154096573472630_2609676793003312155_n

 

Internet i social media a emocje. Oczami psychologa on-line.

Internet zakorzenił się już w naszej świadomości na tyle, że stosunek danej osoby do social media i częstotliwość wchodzenia na Facebooka jest jedną z ważniejszych cech według których osoba ta zostanie przez nas oceniona. Tak odległe dziś czasy Gadu-Gadu, Naszej Klasy i Grona były zaledwie prologiem nowego rozdziału w historii komunikacji międzyludzkiej. Gdzie znajduje się granica między codziennym użytkowaniem Internetu, a uzależnieniem? Dlaczego nie powinniśmy zamykać naszych emocji w sieci? Czy w Polsce pojawią się niebawem klinki dla uzależnionych od gier komputerowych? O wpływie Internetu na naszą psychikę rozmawiałem z Aleksandrą Jarugą – właścicielką poradni psychologicznej on-linepsychologiem wojskowym z wieloletnim doświadczeniem oraz prowadzącą Punktu Konsultacji Psychologicznej dla Rodzin i Centrum Interwencji Kryzysowej JW.

Kamil Jędrasik: Prowadzisz internetową poradnię psychologiczną. Dlaczego niektóre osoby wybierają taką formę kontaktu z psychologiem?

Aleksandra Jaruga: W większości sytuacji motywacja jest taka sama, jak w przypadku poradni stacjonarnych, a jest nią potrzeba pomocy. Spora grupa naszych pacjentów to Polacy mieszkający za granicą. Przykładowo Polak mieszkający w Norwegii nie byłby w stanie wytłumaczyć norweskiemu psychologowi swojej sytuacji z taką dokładnością, jak polskiemu specjaliście. Zgłasza się także do nas wielu pacjentów z małych miejscowości, gdzie dostęp do psychologa jest ograniczony. Bardzo ważnym czynnikiem jest także komfort. Komfort tego że jesteś we własnym domu i że nikt nie jest w stanie zauważyć cię w trakcie twojej drogi do psychologa. Dla wielu osób jest to bardzo wstydliwe.

Czy w naszym społeczeństwie istnieje problem związany z nadużywaniem social media? Osobiście jestem poniekąd uzależniony od Facebooka. Wchodzę tam jednak zazwyczaj w związku z promocją bloga lub chcąc zdobyć interesujące mnie informacje. Czy istnieje granica między codziennym użytkowaniem, a uzależnieniem?

Oczywiście że istnieje granica. Często ją przekraczamy. Wyznacznikiem może być brak umiejętności komunikacji własnych potrzeb, ograniczanie kontaktów ze znajomymi do chatu na Facebooku i świadomość że kontakt w realu staje się dziwny. Wielu ludzi ma z tym obecnie problem, który często przekłada się na relacje w rodzinie. Pary wracają do domów po pracy, każdy chwyta za swojego laptopa czy tablet i w zasadzie nie wiedzą jak ze sobą rozmawiać. Szukają wtedy pomocy u psychologa.

Czyli ludzie faktycznie zgłaszają się już do psychologów ze świadomością swojego problemu z nadmiernym użytkowaniem Internetu?

Zazwyczaj są to sytuacje w których ktoś z pary zgłasza się mówiąc ogólnie o problemach rodzinnych. Dopiero później okazuje się, że przyczyną problemu może być nadmierne korzystanie z Internetu.

Obecne pokolenie młodych nastolatków wychowuje się w dwóch równoległych światach – rzeczywistym i social mediowym. Czy za 10, 15, 20 lat przybędzie osób zgłaszających się do psychologa w związku z nadużywaniem Internetu?

Już od kilku lat, zarówno w poradniach stacjonarnych jak i internetowych, można zaobserwować wzrastającą liczbę rodziców nastolatków którzy mówią, że nie wiedzą w jaki sposób mają kontaktować się ze swoimi dziećmi. W takich sytuacjach często okazuje się, że życie emocjonalne nastolatków bazuje na przykład na polajkowaniu czyjegoś zdjęcia. To jest ich całe życie emocjonalne. Wcześniej na symbolicznym trzepaku doświadczaliśmy całego szeregu rzeczywistych emocji. Rozwijały się tam zarówno złości i kłótnie, jak i piękne przyjaźnie.

W jaki sposób rozpoczyąć w takim razie pomoc dziecku, które ewidentnie zamyka się w wirtualnej rzeczywistości?

Najważniejsze jest zlokalizowanie problemu. Nastolatek musi zrozumieć w jakich sytuacjach nie funkcjonuje normalnie. Jeśli pacjent nie widzi problemu, psycholog nie może ustalić dalszego planu działania

Świadomość dzieci i młodych nastolatków nie jest jednak w pełni rozwinięta. Dziecko często nie może być świadome swojego problemu, mimo że jest on oczywisty z perspektywy rodzica.

W takich sytuacjach wszystko rozpoczyna się od przeprowadzenia wywiadu z rodzicem. Należy wybadać jak wygląda rutynowy dzień takiego dziecka. Psycholog zadaje wiele pytań związanych z relacjami w rodzinie. Potem należy skonfrontować się z samym dzieckiem. Poprosić je o porównanie swojej sytuacji z sytuacją rówieśników. Po takiej rozmowie dzieciaki często fantastycznie rozumieją przyczyny problemu. Zauważają, że rzeczywiście za dużo korzystają z Internetu, ale z drugiej strony orientują się, że ich rodzice nie poświęcają im wystarczająco wiele czasu.

A więc czasami zdarza się, że nadużywanie Internetu przez dziecko jest wspólnym problemem zarówno jego, jak i rodziców?

Nawet nie tyle czasami, co najczęściej. Bardzo rzadko zdarza się, żeby rodzice nie mieli wkładu w uzależnienie dziecka od Internetu. Jeśli rodzic nie będzie w pewnym senie uczył dziecka kontaktów w rzeczywistości, utknie ono w pewnym sensie w Internecie.

Pomoc on-line z jednej strony może wydawać się użytkownikom komputera czymś bardziej przystępnym niż porada stacjonarna. Z drugiej jednak, gdy mówimy o przypadkach uzależnienia od Internetu, wydaje się że taka forma może być niebezpieczna dla pacjenta i kusić go do powrotu do nałogu.

W sytuacjach kiedy uzależnienie byłoby tak silne, że konieczne byłoby odcięcie pacjenta od kontaktu z komputerem, oczywiście zalecana jest terapia stacjonarna. W wielu przypadkach wystarczy jednak zwykła umowa z pacjentem. Kiedy rozmawiamy na Skypie, nie wchodzimy na Facebooka. Paradoksalnie większość pacjentów naszej poradni jest bardziej zmotywowana do pracy nad sobą pracując on-line, z własnego pokoju gdzie czują się pewniej i bezpieczniej niż w gabinecie psychologa.

W Korei Południowej rząd oficjalnie oznajmił rozpoczęcie walki z uzależnieniem od gier komputerowych (głównie internetowych). Istnieją kliniki pomagające nałogowym graczom. Czy Polskę czeka podobny scenariusz?

Kilka lat temu, kiedy pracowałam w wojewódzkim oddziale terapii uzależnień, zadałam podobne pytanie. Już wówczas  na grupę 15 osób uzależnionych pojawiały się 2-3 uzależnione od Internetu. Przyznano, że problem zaczyna nas coraz bardziej dotyczyć. Obecnie pytanie brzmi, czy potrafimy uchwycić go stosunkowo wcześnie, aby nie urósł do rangi problemu alkoholowego. Zdarzają się także uzależnieni gracze, ale trafiają oni w zdecydowanej większości do specjalistów od uzależnień pracujących w poradniach stacjonarnych. W Polsce w klinikach odwykowych osoby uzależnione od gier komputerowych biorą udział w terapii grupowej z osobami uzależnionymi od alkoholu, narkotyków czy hazardu. Mam nadzieje, że tworzenie klinik tylko dla osób uzależnionych od gier to odległa wizja przyszłości.

Koreańscy nastolatkowie podczas terapii uzależnienia od Internetu.
Czym są programy relaksacyjne on-line, jeden z obszarów pomocy państwa poradni?

Program relaksacyjny opiera się na rozluźnieniu poszczególnych partii ciała. W tle leci odpowiednia muzyka oraz spokojny głos lektora wydający poszczególne sugestie. W obecnych czasach ludzie są niesamowicie zestresowani, zabiegani, zapracowani i często zamknięci w wirtualnym świecie. Wielu z nas nie potrafi się wyluzować. Techniki relaksacyjne są narzędziem które pozwala nam na relaks we własnym domu. Są one niesamowicie pomocne przy zaburzeniach lękowych, depresji i problemach natury emocjonalnej. Pomagają zatrzymać świat i swoje pędzące myśli i skierować je na tor spokoju i relaksu.

Czym różni sie program relaksacyjny od medytacji?

W programie relaksacyjnym twoje wszystkie siły wewnętrzne nakazują rozluźnić się poszczególnym partiom ciała w poszczególnym momencie. Taki program często zawiera zestaw ćwiczeń spinających i rozluźniających mięśnie. Uczymy się przez to kontroli nad swoim ciałem. Jednym z takich treningów jest Trening Autogenny Schultza, który pozwala na osiągnięcie uczucia głębokiego odprężenia. Systematyczne wykonywanie ćwiczeń uczy nas identyfikacji a następnie eliminacji napięć w naszym ciele. W medytacji bardziej staramy się odpłynąć od świata i odciąć się jakichkolwiek bodźców. Zanurzamy się wtedy w całkowitej ciszy.

Czy realizacja programu relaksacyjnego wymaga chociażby internetowej, lecz mimo wszystko stałej obecności psychologa?

Nie ma takiej konieczności. Program jest nagrany. Należy jednak przeprowadzić wcześniej podstawowy wywiad z daną osobą. Chodzi o wybadanie stanu zdrowia pacjenta. Programy relaksacyjne nie są na przykład zalecane osobom z arytmią serca. Na naszej stronie internetowej można pobrać także poradnik PDF ze sposobami radzenia sobie ze stresem, zawierający podstawowe techniki do wykonywania samemu w domu.

Programy relaksacyjne są idealnym narzędziem pomocy w przypadku stresu. Czasami jednak jeszcze większą pomocą jest uwolnienie emocji poprzez rozmowę, zwykłe przegadanie danego tematu. Ludzie w dzisiejszych czasach mają niesamowity problem z lokalizowaniem i nazwaniem własnych emocji.

W dzisiejszych czasach? Czy oznacza to, że przybywa takich osób?

Mam wrażenie, że im większa rola social media w naszym życiu, tym mamy mniejszy kontakt z własną emocjonalnością. Kiedyś musieliśmy spotkać się z daną osobą i powiedzieć jej „jestem na ciebie wkurzony, jestem na ciebie zły!”. Jest to emocja, którą dziś rozwiązujemy przez Internet. Niektórzy pokazują swoją złość poprzez publikowanie obraźliwych komentarzy. Jednakże pod tą formułką kryję się masa stłumionych i nienazwanych emocji. Coraz bardziej brakuje nam kontaktu z realnymi emocjami i sami często ograniczamy je do poziomu facebookowego „lubię to”.

Czy Internet powinien być więc dawkowany? Istnieją w tej kwestii jakiekolwiek racjonalne przedziały godzinowe, których powinniśmy przestrzegać?

Są ludzie którzy doskonale radzą sobie bez social media i nie mają takiego problemu. Jednak jeśli Internet ewidentnie ogranicza nasze codzienne życie i kontakty z ludźmi i powoduje, że po powrocie ze szkoły lub pracy zamykamy się w świecie wirtualnym, to możemy mówić o problemie. Dla jednych osób granicą byłaby 1 godzina dziennie dla innych już 2. Jednak kiedy spędzamy większą część naszego czasu wolnego od pracy w świecie social media to jest to już wskaźnik tego, że być może zaczynamy mieć z tym problem.

Nie zapominajmy, że musimy mieć kontakt z prawdziwym człowiekiem. Jeśli zaniedbamy ten aspekt życia, to świat wirtualny niestety nas pochłonie.

 


Kod rabatowy 10% na pierwszą konsultację skype z Psychologiem, do jednokrotnego użycia. Ważny do końca roku 2016.

Kod rabatowy: wzg10psych

Tak świętuje się wygnanie Arabów w Hiszpanii

Arabowie w VIII w. podbili srogą część Półwyspu Iberyjskiego. Mimo że ciężko zaprzeczyć ogromnemu wpływowi ich ekspansji na rozwój technologiczny i kulturalny ówczesnej Hiszpanii, nigdy nie byli tam mile widziani. Najwyraźniej Hiszpanie zawsze cenili sobie bardziej patriotyzm, aniżeli perskie dywany, wygodne łoża, mydło i wieczorki przy szachach. Święta Los Moros y Cristianos (Muzułmanie i Chrześcijanie), jedne z najważniejszych fiest w Walencji (wspólnocie autonomicznej), upamiętniają właśnie tak bardzo upragnione zwieńczenie procesu wygnania Arabów. Kiedy miało miejsce ów wygnanie? Nie istnieje jednoznaczna odpowiedź. Był to kilkusetletni proces zakończony ostatecznie w XV w. We wspólnocie walenckiej każde miasteczko świętuje swoje zwycięstwo nad Arabami w innych dniach. Patrząc z szerszej perspektywy są to więc fiesty całoroczne. W miniony weekend miałem okazję, szczęście i chyba przede wszystkim przyjemność uczestniczyć w tych najbardziej znanych, obchodzonych w Alcoy. Oto relacja z pobytu w czasoprzestrzeni w której średniowiecze spotyka się z XXI wiekiem!

 

Pierwszy szok z jakim przyszło mi się zmierzyć podczas Moros y Cristianos to okres czasu przez jaki trwają te święta, przy niemalejącej, a wręcz zwyżkowej ich intensywności. W Polsce święta narodowe trwają jeden dzień, a związane z nimi uroczystości ograniczają się do kilku godzin. W Alcoy uprzedzano mnie, żebym przygotował się na bite 4 dni hucznych obchodów. Nie było inaczej. Wszystko zaczęło się w czwartkowy wieczór. Koło godziny 20:00 udajemy się w stronę centrum. Na głównym placu i przylegających do niego uliczkach zbiera się orkiestra złożona z kilkuset muzyków. Uzbrojeni przede wszystkim w bębny oraz wszelkich rozmiarów i kształtów instrumenty dęte odgrywają hymn, który o 21:00 rozlega się nad miastem niesiony gardłami 60 tysięcy mieszkańców Alcoy. Kiedy po kilku minutach echa braw ustają, wszyscy rozchodzą się do domów i restauracji, aby koło północy powrócić na ulice i świętować początek fiest. Lądujemy w Restaurante el Tronc (pod Pniem), gdzie czeka na nas lokalna strawa. Najbardziej zapadły mi w pamięć różnorodne sery, potrawka przypominająca wyglądem i smakiem najgęstszą fasolową w twoim życiu oraz lokalny trunek – café licor. Wypada zrobić w tym miejscu drobny nawias. Café licor to, jak sama nazwa wskazuje, likier kawowy. Kawowy, a nie o smaku kawy. Procenty alkoholu w połączeniu z (mili)gramami kofeiny płodzą z jednej strony energię która utrzymuje Cię na nogach do 7 rano, a z drugiej kaca który bezpowrotnie wybudza po 4-5 godzinach snu. Café licor w połączeniu z agua limón (na wpół roztopionymi lodami cytrynowymi) to jedyne składniki miejscowego drinku o nazwie mentira (kłamstwo). Nazwa mówi sama za siebie. Mentirę cechują 2 nieodłączne atrybuty. Po pierwsze jest serwowana w poręcznych litrowych wiaderkach, z których ani to się uleje, ani zabraknie przez dłuższy czas. Po drugie nie da się przed nią uciec. Sprzedaje się ją wszędzie i pije ją każdy, a jeśli nie masz przy sobie pieniędzy, wystarczy że spropsujesz czyjś średniowieczny strój (a propsować jest co!), i zaraz w bonusie do gracias dostajesz łyka. Zamknąć nawias.
Koło północy wytaczamy się spod Pnia. Krajobraz zdecydowanie się zmienia. W którą stronę nie spojrzeć, impreza. Lokale powoli zamykają się, w związku z czym na ulicach przybywa ludzi. W promieniu kilometra od centrum porozstawiano kolumny, z których teraz dobiega typowa muzyka klubowa. Tańczą wszyscy w przedziale wiekowym 4-70 lat. Mniej więcej od godziny 2:00 przedział ten zawęża się do 14-50 i tak będzie już do 7:00 rano. Imprezowicze, trochę jak podczas mojego wyjazdu na International Sports Meeting w Portugalii, ale jednak na zdecydowanie większą skalę, tworzą jeden wspólny organizm. Nigdy nie wiesz czy za 10 minut nie wylądujesz w całkowicie przypadkowym mieszkaniu/magazynie café licor, albo na dachu 3-piętrowego budynku tańcząc striptiz. Nad ranem wracamy do domu z wesołą świadomością podpowiadającą, że za nami dopiero before party.

moros-y-cristianos-alcoy-evento-cabecera

Piątek, dzień parad, był dniem, który prawdopodobnie wywarł na mnie największe wrażenie. Parady trwają niemal nieprzerwanie od 10:30 do 22:00. Połowa miasta defiluje, a druga połowa podziwia. Niesamowita jest powaga z jaką mieszkańcy Alcoy podchodzą do każdego aspektu tych świąt. Uczestnicy defilady przygotowują się na ten specjalny dzień przez cały rok. Mówimy o kilku godzinach dostojnego, wzbogaconego o bezbłędnie wyreżyserowane pokazy, marszu w strojach, których ceny zaczynają się od 700 euro. Wszystko przy akompaniamencie orkiestr oraz fruwającego konfetti. W pierwszej połowie dnia odbywa się parada chrześcijańska. Podział na chrześcijan i muzułman nie przebiega jednak według rzeczywistej wiary uczestników, a wypadkowej ich rodzinnych tradycji defilowania oraz osobistej chęci. Dochodzę do centrum, w okolicę głównego placu i widzę pierwszy obrazek niepasujący do znanego mi dotychczas Alcoy – dwumetrowy, brodaty facet w ogromnej zbroi wymachuje buzdyganem na czele kilkudziesięcioosobowego oddziału wojskowego. Następnie moim oczom ukazują się jeźdźcy, karoce, przyozdobione platformy i wiele więcej. Ogromne wrażenie wywiera szczegółowość strojów (najgorszy błąd jaki można popełnić podczas Świąt to nazwać strój uczestnika kostiumem lub przebraniem – zero przesadyzmu). Momentalnie czuję się jak na planie Gry o Tron, albo w XIII wieku.

image

O 17:00 rusza defilada arabska. Wcześniej myślałem, że nie jestem w stanie na stojąco podziwiać czegokolwiek przez 5 godzin. Jednak parada ta była niczym najlepszy film jaki widziałem w życiu.  Piękne tancerki brzucha, wąsaci sułtani z gigantycznymi turbanami, przyozdobione wielbłądy, inscenizacje treningów przed walką. Wszystko to w rytm bębnów i gongów. Ich dudnienie w połączeniu z całą otoczką wprowadziło mnie w niespotykany dotąd stan, który umieściłbym gdzieś między euforią a hipnotycznym transem. Nie wiem w którym momencie przenosimy się do mieszkania znajomego, gdzie zjedliśmy kolację której dorównać może tylko polski wigilijny stół. Wszystko dzieję się bardzo szybko. Czuję się jakbym skakał po alternatywnych światach. Trzy godziny temu byłem w średniowieczu, a teraz z miejskich głośników dobiegają już dźwięki reaggetonu. Podniosła atmosfera opada, a w dłoniach majestatycznych wcześniej rycerzy zamiast mieczy pojawiają się wiaderka z mentirą. To być może jedyna noc w moim życiu, kiedy będę mógł poderwać arabską księżniczkę lub podyskutować z maharadżą. Fiesta płynie tym samym co zeszłej nocy rytmem.

Sobota jest dniem religijnym. Najważniejszym wydarzeniem jest procesja z relikwią San Jordiego, patrona Alcoy. Wśród jego dokonań wymienia się rozłam słynnej, dominującej nad miastem góry oraz pokonanie smoka. San Jordi miał też swój wkład w wygnanie Arabów. Legenda głosi, że w decydującym momencie walk objawił się na murach miasta i zaczął ciskać strzałami we wroga. Bogate CV, więc i procesja zasłużona. Oczywiście, jak w poprzednich dniach, czysto odświętny klimat utrzymuje się mniej więcej do zmroku.
Niedziela natomiast to tzw. el día de los truenos (dzień grzmotów). Ostatniego dnia fiest nikt nikomu nie każe ani defilować, ani brać udziału w procesji. Dzień ten nie jest jednak mniej ważny od pozostałych. Po spożyciu życiodajnego rosołku, udajemy się znów na Plaza de España. O 16:30 zebrany tłum momentalnie cichnie. Zapomniałem wcześniej wspomnieć, że specjalnie z okazji Świąt na placu buduje się 10-15 metrowy zamek z drewna. Ciszę przerywa wystąpienie chrześcijańskiego władcy, stojącego ze swoją świtą u bram zamku. Z fortecy wychodzą arabscy dostojnicy. Dochodzi do 20-minutowej wymiany zdań. Coś jak prototyp bitwy freestylowej. Był to dla tubylców ewidentnie jeden z kluczowych momentów fiest, jako że po moich komentarzach zostawałem dwukrotnie przez nich uciszany. Po słownym starciu dochodzi do symbolicznego wybuchu wojny. Od tego momentu, aż do 21:30 przez kilka godzin w mieście słychać głównie huk. Po ulicach chodzą bandy poprzebieranych mężczyzn z nabitymi arkebuzami. Dzieci pławią się wśród trzasku petard i także imitują wojenne potyczki. Interesujące jest to, że uczestniczą we wszystkich aspektach Świąt na równi z dorosłymi. Podczas piątkowych parad także maszerują z drewnianymi mieczykami w odświętnych strojach. Nie istnieje pod tym względem żadna dyskryminacja i wydaje się być to nastawieniem, które zachęca ich do krzewienia lokalnej tradycji. O 21:30 wszyscy ponownie zbierają się na Plaza de España, aby podziwiać objawienie San Jordiego. Następuje odegranie hymnu oraz pokaz sztucznych ogni, który kończy te magiczne 4 dni, w trakcie których czas płynie inaczej.

 

„Embajada” – Starcie władców. Zabieganym polecam samo zakończenie (od 19:30)

 

Podczas Świąt Moros y Cristianos chyba najbardziej zaskoczył mnie miszmasz dostojności i powagi z czystym imprezowym relaksem. Spotkania z rodziną i przyjaciółmi przy jednym i tym samym stole przeplatają się z elementami tradycyjnymi i clubbingiem na świeżym powietrzu. Z drugiej strony polskie święta kojarzą mi się albo z możliwością wyjazdu na działkę, albo z czymś wyłącznie podniosłym. Święto Niepodległości, będące w pewnym sensie odpowiednikiem Świąt w Alcoy, należy w Polsce upamiętniać, a upamiętnianie łączę w głowie z pewnego rodzaju smutkiem. Dominuje wojskowy majestat i zaduma, a szacunek zakazuje nam świętowania i cieszenia się tak, jak robią to Hiszpanie. Mamy swoją paradę, Marsz Niepodległości, której wielu uczestników uważa, że Polska jest za mało polska. Zamiast w tak piękny dzień cieszyć się, postulujemy. Być może musi minąć trochę więcej czasu, aby wymazać zbędną melancholię i zdać sobie sprawę, że nasi przodkowie walczyli za Polskę szczęśliwą ponieważ sami nie mogli w takiej żyć.

Natura a fizyka a matematyka a wszechświat a człowiek. Krótka notka.

Natura fascynowała mnie odkąd pamiętam. Kiedy przyjeżdżałem do mieszkania dziadka, moimi ulubionymi zabawkami były atlasy przyrodnicze. Potrafiłem godzinami przeglądać kolorowe zdjęcia ryb i ptaków i zachwycać się ich różnorodnością. Tak, chyba w naturze zawsze pociągała mnie najbardziej właśnie różnorodność. Zawsze można było znaleźć coś nowego co dało się wpisać w ogromny proces zwany życiem. Jak nie zwierzęta, to grzyby. Dlaczego część z nich jest jadalna, a część z nich śmiertelnie trująca? Jak nie grzyby, to zróżnicowanie terenu. Dlaczego Wielka Pustynia Wiktorii różni się od Sahary? Jak nie Ziemia, to kosmos i ten szok gdy pierwszy raz zobaczyłem porównianie naszej planety do innych i uświadomiłem sobie jak mało znaczymy w rzeczywistości.

Lubię być zaskakiwany, a natura robi to nieustannie tak dziś, jak i 20 lat temu w mieszkaniu mojego dziadka. Jednak tak jak kiedyś zdumiewała mnie jej różnorodność, ostatnio jest to możliwość uporządkowania (pozorna?) tej różnorodności. Wyobraźmy sobie trzy światy: świat mikro – perspektywa pojedynczych komórek, normalny – perspektywa ludzka i makro – perspektywa kosmosu). Niesamowite jest to, że na te trzy światy oddziałują takie same siły i prawa. Jeśli pod wpływem siły grawitacji z drzewa spadnie jedno newtonowskie jabłko, nie będzie miało to większego wpływu na świat normalny, ale wywoła to prawdziwy kataklizm w świecie mikro. Ta sama siła działa na samoloty i ma kluczowy wpływ na ich wygląd i funkcjonowanie silnika odrzutowego. A jeśli silnik funkcjonować przestanie, samolot spadnie, a tego samego dnia wszystkie światowe media będą mówiły o katastrofie. Spadek jednego samolotu nie afektuje jednak na świat makro. Tam siła grawitacji ma wpływ na orbity ciał niebieskich. Jest jednym z czynników kształtujących kosmiczną równowagę. W obrazowy sposób przedstawia to Michio Kaku, jeden z najwybitniejszych fizyków teoretycznych naszych czasów.

Do niezwykłych wniosków prowadzi  także matematyka wpisana w nasz świat. Ciąg Fibonacciego to układ liczb, którego każdy element jest sumą poprzednich dwóch. Początek ciągu wygląda następująco: 0,1,1,2,3,5,8,13,21,34,55. Okazuje się, że jego poszczególne wartości odpowiadają ilości płatków większości gatunków kwiatów, ułożeniu łopatek szyszek i w harmonijny sposób wpisują się w spirale muszli. Stosunek dwóch sąsiadujących ze sobą liczb ciągu w przybliżeniu równa się 1,618, czyli tzw. liczbie Fi (φ), nazywanej także złotą liczbą. Liczbę Fi odnajdziemy wpisaną w każdy z naszych trzech światów. W świecie mikro jest obecna w stosunku szerokości i długości każdego odcinka podwójnej spirali DNA. W normalnym, zawarta jest w systemie zgodnie z którym wyrastają poszczególne gałęzie i liście drzew, tak aby nie zakrywać tym niższym słońca, oraz w stosunku poszczególnych części naszego ciała (vide człowiek witruwiański). W makroświecie zaś, liczba Fi jest średnią odległości w jakiej znajdują się poszczególne planety układu słonecznego. To tylko kilka przykładów, ale jeśli interesuje cię natura od strony matematyki, na początek polecam filmik Mirosława Zelenta, polskiego youtubera, programisty i nauczyciela informatyki.

Ciąg Fibonacciego, a natura
Ciąg Fibonacciego, a natura
Ciąg Fibonacciego, a kości dłoni
Ciąg Fibonacciego, a kości dłoni

Od tego momentu, trochę wbrew samemu sobie i chyba w związku z niedoskonałością narzędzia jakim jest język, będzie tajemniczo i mistycznie. Ciężko jest zanegować wspaniałość i doskonałość naszego świata. Nie wszystko co niezwykłe możemy jednak wyjaśnić naukowo. Z resztą jak daleko leży zwyczajna obecność pewnych schematów matematycznych od ów wyjaśnienia, od czystej istoty zrozumienia. Trudno oprzeć się wrażeniu, że każdy człowiek jest częścią ogromnej, cudownej oraz w jakiś tajemniczy i nieodgadniony sposób zorganizowanej rzeczywistości. Jesteśmy dla gwiazd tym, czym dla nas są atomy, a być może gwiazdy są atomami dla innego bytu. Jest to całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że fizyka kwantowa udowodniła istnienie równoległych wszechświatów. Wracając jednak do człowieka, jesteśmy sumą tych samych praw, procesów i zjawisk, które w większej skali obowiązują i zachodzą we wszechświecie. Interesujące jest na przykład fakt, że w ludzkim organizmie znajduje się procentowo mniej więcej tyle samo wody co na powierzchni Ziemi (wartość ta zmienia się w zależności od wieku). Przypływy i odpływy morskie uzależnione są zaś od Księżyca, a wielu ludzi wierzy, że jego poszczególne fazy mają także wpływ na nasze samopoczucie i biorytm. Brytyjski filozof Alan Watts powiedział: „You are the Universe experiencing itself” (Jesteś wszechświatem którym sam siebie doświadcza). Koncept ten znakomicie ukazuje poniższy krótki filmik oraz ilustracja, którymi chciałbym zamknąć tę notkę, unikając wchodzenia w niebezpiecznie głęboki temat Boga.

Z chęcią poznam twoją opinię, gdyż wpis ten jest w pewnym sensie strumieniem moich myśli, niezakończonym żadną przyzwoitą puentą. Mam nadzieję, że twoje spojrzenie w jakiś sposób wzbogaci moje i pomoże w wyciągnięciu wniosków!

Ludzkie oko, a mgławice w kosmosie.
Ludzkie oko, a mgławice kosmiczne

International Sports Meeting – czyli jak bibę i sport połączono – REPORTAŻ

Prolog

To był długi dzień. O pierwszej w nocy wróciliśmy ja z rodzeństwem Lamchów z nocnego spaceru po Alcoy. Magda i Mateusz byli moimi gośćmi, w dodatku pierwszymi w Hiszpanii, więc byłem nie mniej podekscytowany niż oni. Lubię mieć gości, a ci pierwsi zawsze będą pierwszymi „spoza” którzy powiedzą czy miasto i okolica fajne czy nie. Okazało się fajne. Na tyle, że Alcoy zyskało po naszej wyprawie przydomek „cud urbanistyczny”. Tym przydomek bardziej suty, jako że nadany z ust studentki ASP i gościa który zwiedził świat od Nowej Zelandii po Peru. Rano śniadanie i kolejna wyprawa. Tym razem w naturę. Preventorio to dla Alcoyano tak jak Giewont dla polskiego górala. Góra z krzyżem którą zna każdy z nich. Od rana padało, ale deszcz przestał siąpić w chwili wyjścia z domu, na szczycie zastało nas słońce, a gdy już schodziliśmy znowu dżdżawka. 14:30 obiad. 16:00 pożegnanie. 16:01 wsiadałem już w blablacarze do Madrytu. Bardziej zgodnie z planem się nie dało.

Alcoy. Widok z Preventorio.

Kilka słów wstępu o podróży. Ostatecznym celem było Monte Gordo w prowincji Algarve, na południowym wybrzeżu Portugalii, a konkretnie International Sports Meeting, czyli plażowy festiwal sportu. Wcześniej musiałem dotrzeć do Madrytu, docelowego punktu wyjazdu gdzie umówiony byłem z Ventsislavem. Vents to mój przyjaciel z czasów Erazmusa na Teneryfie. Zhispanizowany Bułgar, którego karnacja, donośny śmiech oraz nawyki żywieniowe wyraźnie wskazują że jego bułgarskość, jeśli nie całkowicie zatracona, leży gdzieś zapomniana na dnie duszy. Do Monte Gordo mieliśmy jechać furgonem. Nie potrzebowałem wiedzieć więcej.

Żegnam się więc w Alcoy z Lamchami, a witam z Antonio – kierowcą blablacara. Wsiadam obładowany plecakiem, wypchaną torbą podróżną z rozwalonym suwakiem oraz ekologiczną, lidlowską siatką spożywczą z której wystaje obciachowy koc. Blablacar był Seatem bez bagażnika przez co wszystkie graty wyglądające jak dobytek życia cygana wrzucam na tylne siedzenie i siadam obok. „Czuję się jakbym wiózł ze sobą swoje życie” – rzucam powitalnym dowcipem. „Trochę tak to wygląda” odpowiada dziewczyna z fotela pasażera. Hiszpanie są zazwyczaj szczerzy i dobrze być szczerym wobec nich bo wtedy te dwie siły szczerości zderzają się ze sobą, w efekcie czego w jakiś magiczny sposób powstaje luźna i przyjemna atmosfera. Nie mija 10 minut i rozmawiamy tak, jakbyśmy znali się co najmniej od roku. W końcu pada klasyczne pytanie „Dlaczego mówisz tak dobrze po hiszpańsku?” Recytuję więc już niemal z pamięci odpowiedź o tym, że w Warszawie skończyłem Iberystykę, zastanawiając się w duchu kiedy nadejdzie dzień, gdy znużony zacznę wymyślać inne alternatywne historyjki. Rozmawiam dużo z dziewczyną Antonia o podróżach. W momencie gdy zaczyna psioczyć na swojego chłopaka, że ten nie chce ruszyć się z Hiszpanii, a on niezręcznie zasłania się swoimi alergiami pokarmowymi („nigdy nie wiadomo, co Ci wrzucą na talerz zagranicą”), czuję że to idealny moment żeby iść spać.

Budzę się już w Madrycie, dzwonię domofonem do mieszkania Ventsa. Po chwili wpadamy sobie w ramiona, oklepując się serdecznie po plecach. Gdy już się wyściskaliśmy za te ponad 2 lata kiedy się nie widzieliśmy, słyszę pytanie „Cerveza o vino?” Będąc w Hiszpanii jedyna słuszna odpowiedź to wino. Jesteśmy w kraju gdzie butelkę dobrego można kupić już za 2 euro. Pijemy więc do późnej nocy, zajadając się grillowanymi szparagami i bardziej klasycznymi tapasami, a stopniowo dołączają do nas wracający do mieszkania współlokatorzy Ventsa. Ot taka spontaniczna imprezka. Każdy powód do fiesty jest dobry, mimo że nazajutrz wszyscy idą na uczelnię albo do pracy. Wszyscy oprócz nas. My jedziemy podbijać Monte Gordo!

Monte Gordo dzień zero + 1

Wstajemy po 3-4 godzinach snu jak nowo narodzeni. Ta niespotykana dotąd w moim życiu zależność będzie obowiązywała przez kolejne 4 noce. Vents mówi że musimy zdążyć na 8:30, bo inaczej nie będziemy uczestniczyć w losowaniu miejsc w furgonie. 8:28 wchodzimy do baru w którym się umówiliśmy jako ostatni brakujący elementy ekipy. Poznaję Pablo, Carlosa, Nico, Nacho, Antonio i Julio czyli najlepszych przyjaciół Ventsa. Po chwili losowanie miejsc. Decyduje kostka. Jak się potem okaże, pod jurysdykcją kostki znajduje się każda sytuacja w której ma prawo pojawić się zalążek sporu. Nie lubisz zmywać? Jeśli wyrzucisz 1 masz pecha. Nikt nie kwapi się do niesienia lodówki na plażę? Kostka sprawiedliwie wybierze nieszczęśnika. Ta istna sześcienna wyrocznia tym razem była dla mnie przychylna i pozwoliła mi wybrać miejsce w drugim rzędzie przy oknie. Widać, że chłopaki są mistrzami organizowania grupowych wyjazdów, gdyż po chwili wyłania się kolejna zasada – wspólny skarbiec. Raz na jakiś czas każdy wrzuca do niego po 20 euro i z tej wspólnej puli będziemy czerpać środki na benzynę oraz na jedzenie. Gdy dojedziemy na miejsce i przyjdzie czas zakupów, w sklepie każdy weźmie dla siebie to co uważa za stosowne, a rachunek opłaci skarbiec. Koniec końców i tak wszyscy będą się wszystkim dzielić. Skarbiec raz nakarmiony nie wypłaca z powrotem gotówki. Czas pokaże, że pozostała w nim na koniec extra kasa, zasili wspólny wypad do restauracji.

Wsiadamy do wypchanego po brzegi bordowego, turystycznego Mercedesa. Nie mija 15 minut, a znowu czuję się jakbym znał załogę nie od dziś. Brakuje mi tej hiszpańskiej bezpośredniości w Polsce, tego poklepywania, częstowania tym co tylko jest pod ręką i niewymuszonej rozmowy w otwarte karty. Słuchamy hiszpańskiej muzyki i gramy w hiszpańskie gry. W drugiej połowie podróży przestaję już nawet myśleć po polsku. Mniej więcej wtedy zatrzymujemy się w przypadkowym andaluzyjskim pueblo Pajanosas. Za jakieś śmieszne pieniądze jemy w knajpie 3-daniowy obiad z winem, zrywamy rosnące przy drodze cytryny i jedziemy dalej.

IMAG0187
Pajanosas

Do Monte Gordo dojeżdżamy koło 17:00. Oceaniczna bryza uatrakcyjnia portugalskie słońce. Widać mnóstwo uśmiechniętych, młodych ludzi. Jeden niesie leżak, drugi kopie piłkę ze swoją dziewczyną, a grupa przebranych za supermanów gości gra na środku drogi w siatkówkę. Proporcje to mniej więcej 70% Hiszpanów i 30% Portugalczyków. Gdzieś pomiędzy nimi jeden Polak, z poczuciem że jest właśnie tu, gdzie powinien być już każdego ostatniego tygodnia marca w swoim życiu. Cały ten aliaż tworzy idealne tło do rozbicia obozu. Ale co tu rozbijać, skoro mam ze sobą tylko obciachowy koc? Spokojnie, Vents uprzedził chłopaków że przyjadę nieprzygotowany. Pablo pożyczył dla mnie od kogoś namiot, a Nacho wziął drugi śpiwór. Z Hiszpanami nie umrę. Po kolacji zaczynamy before-fiestę przy akompaniamencie wymyślnych gier motoryczno-umysłowych. Wszystko aby uatrakcyjnić alkoholizowanie się. Jak pewnie zauważyliście, w każdy aspekt wyjazdu zaangażowany jest element gry i rywalizacji, a część sportowa dopiero przed nami. O 23:00 stwierdzamy zgodnie że jesteśmy wszyscy „on fire” więc ruszamy na carpę. Do tej pory znałem słowo „la carpa”, jako karpia. Okazało się, że carpa to także imprezowy namiot, który w tamtym momencie zastaliśmy praktycznie pusty. Źle rozłożyliśmy siły, łudząc się że fiesta rozpocznie się wcześnie. Nic z tych rzeczy. Na Półwyspie Iberyjskim ludzie wychodzą na miasto najwcześniej o północy, co rekompensują potem równie nieadekwatnym dla polskiego organizmu porannym powrotem. Wyrażam swoją opinię, że lepiej zacząć wcześniej, żeby skończyć wcześniej. Po co przesypiać dzień następny? Chłopaki przyznają mi rację, ale Vents ucina temat, mówiąc że jest to składową uroku Hiszpanii, jednym z aspektów dla których cała Europa chciałaby mieszkać w tym kraju. Swoją opinię okrasza charakterystycznym dla siebie, zaraźliwym, rubasznym śmiechem. Jest coś w tym punkcie widzenia.
Organizatorzy zadbali jednak o takich nieboraków jak nasza ósemka (alias grupy to Los Odiosos 8 – Nienawistna Ósemka) i obok carpy rozłożyli zestaw atrakcji urozmaicających, a w tym momencie niejako ratujących, imprezę. Wśród nich nogo-bilard, walka na dmuchane kije, zapasy sumo w pompowanych cielskach oraz mechaniczny byk. Do dziś odnoszę wrażenie, że jedynym zadaniem tego ostatniego było eliminowanie podatnych na kontuzje już na wstępie. Do namiotów wróciliśmy koło 4 rano.

Następnego dnia pobudka tuż po 8:00. Z przymusu. Jak ktoś ma problemy z porannym wstawaniem, gwarantuję mu sukces budzika w stylu namiot + słońce. Bezsilne objęcia Morfeusza puszczają tych bardziej odpornych 15 minut później pod wpływem kempingowego zgiełku. W przeciwieństwie do wspólnych kolacji, śniadanie każdy je na własną rękę. Wszyscy są świadomi tego, że nie ma tu miejsca dla obiboków. Kto się nie ogarnie na czas, skazany jest potem na długie minuty poszukiwań reszty na plaży. Nie ma czasu na czekanie. Przez najbliższe 3 dni i tak nie spróbujesz wszystkich przewidzianych atrakcji. Zauważyłem, że jestem jedyną osobą przez którą przemawia potrzeba większego przygotowania się. Biorę ze sobą plecak, a w nim ręcznik, kąpielówki, woda, kanapki. Chłopaki patrzą na mnie jakbym praktykował czarną magię. Jestem nonkonformistą który w dodatku lubi mieć wszystko pod ręką, więc czaruję dalej i upycham na koniec bluzę i banany. Dla nich najważniejsze artefakty to piłka i lodówka z piwem. Szybko pytamy kostkę kto niesie i ruszamy.

Gdy dotarliśmy na plażę jedyne co mogłem z siebie wydusić to WOW. Po prawej kilka namiotów, a w nich warsztaty od Krav Magi do Kizomby, dalej boiska do siatkówki, rugby i siatkonogi. Po lewej scena dla instruktorów tańca i zumby, boiska do piłki nożnej plażowej, bubble football, tarcze do strzelania z łuku. Na wprost bezgraniczny ocean, kitesurfing, windsurfing, nurkowanie, skimboarding, kajaki. Wszystko to za darmo. To znaczy w cenie wejściówki na festiwal (80 euro za wszystko, wliczając pole kempingowe). A to tylko czubek góry lodowej. No więc tak, WOW. Pierwszy dzień jest rozgrzewkowy. Wszyscy przyzwyczajają się, że kilka tysięcy uczestników International Sports Meeting tworzy jeden mega-organizm. Spójną mega-grupę znajomych w obrębie której każdy może bez obaw zagadać do każdego, zagrać z nim w cokolwiek i po prostu dobrze spędzić czas (organizatorzy używają słowa „tribe” – plemię). W zasadzie nie ma znaczenia czy przyjedziesz sam czy ze znajomymi bo i tak poznasz ludzi, nawet jeśli będziesz tego unikał. Nawet nie wiem kiedy zleciał pierwszy dzień. 18:30 to pora powrotu na kemping. Marcowe wieczory są jednak chłodne nawet w Portugalii. Rywalizacja przenosi się z boisk do prysznicowych kolejek. Hiszpanie i Portugalczycy tolerują tylko ciepłą wodę, więc albo będą czekać ponad półtorej godziny albo wezmą prysznic w nocy, tuż przed nalotem na carpę. Na zewnątrz sanitariatu stoją smutne, nieużywane chlapacze z  wodą zimną – tzw. prysznice dla dzikusów. Jako zwolennik pryszniców naprzemiennych (zimna-ciepła) z pewnością się do nich zaliczam. Z nieukrywaną satysfakcją i poczuciem oszczędności czasu patrzę na twarze nieudolnych ogniw długiego łańcucha kolejki, na których wypisane jest coś pomiędzy podziwem a odrazą. Przychodzi godzina 20:30 i całodniowe zmęczenie. Z pomocą przybywa Hiszpanom zdolność do sjestowania w godzinach, w których niejeden śmiertelnik szedłby już spać na dobre. Totalnie nie w zgodzie z zaleceniami kładę się w namiocie. Budzę się z potwornym bólem głowy i poczuciem, że przespałem całą fiestę. Nic z tych rzeczy, jest przed 23:00 więc idealna pora na rozpoczęcie nocy. Na kuchence bulgocze już kolacja. „Też was tak boli głowa” – majaczę gdzieś w przestrzeń przez senną mgłę zakrywającą pole widzenia. „20 minut i będziesz jak zdrów” – rzucił ktoś w odpowiedzi. Zaufałem doświadczonym i nie pomyliłem się. Drzemka naładowała mnie na tyle, że kolejną falę zmęczenia poczułem dopiero koło 5 rano, po czterech godzinach tańca w tłumie ludzi. A była to jedna z najdzikszych fiest w moim życiu. Mega-organizm nie rozpadał się, a wręcz przeciwnie jego komórki były spojone jeszcze silniej. Każdej nocy niemożliwą robotę wykonywali DJ’e, łącząc spójnie wszystkie najróżniejsze gatunki muzyczne, od punk rocka, do elektronicznej.

 

SPRAWDŹ video z INTERNATIONAL SPORTS FESTIVAL!

 

12321387_10153301607231222_911065287282073620_n
Namiot imprezowy, inaczej „La Carpa”

Dzień 2

Sen nie trwał długo. Znów niezawodny budzik. Razem ze mną wstał Julio. Stwierdziliśmy, że nie czekamy na resztę zalegających w namiocie zwłok i idziemy na plażę sami. Jest 10:00. Okazuje się, że o tej porze na plaży przebywa dopiero wąska grupa ludzi. Są to tzw. „ci-którzy-przyjechali-rywalizować”, będący przedmiotem serdecznych lecz bezlitosnych żartów dla conocnych bywalców carpy. O 13:00 ubieram się w piankę. Jestem już po masażu pleców, jodze oraz frisbee. Przede mną 30 minut windsurfingu, od którego miałem kilkuletnią przerwę, co też pośpiesznie wyjaśniłem portugalskiej instruktorce. Nie miałem z tym problemów, jako że od strony lingwistycznej relacje hiszpańsko-portugalskie wyglądają tak, że większość Portugalczyków mówi po hiszpańsku, ale rzadko na odwrót. Podobno wynika to z tego, że wielu z nich przyjeżdża na wakacje do Hiszpanii co najmniej kilka razy w życiu, a przynajmniej tak mi to tłumaczono. Zajęcia z windsurfingu były pomyślane dla ludzi, którzy nigdy nie mieli kontaktu z tym sportem, w związku z czym każda deska była uwiązana na kilkudziesięciometrowej linie-smyczy. Moja rozmowa z instruktorką była krótka i brzmiała mniej więcej następująco:

– Już pływałeś? W takim razie odwiązujemy linę.
– Ale na pewno? Nie wiem czy nie zapomniałem jak się surfuje.
– Co ty chłopie, to jak z jazdą na rowerze!
– Ale…
– Wskakuj, będę Cię obserwować!

Kocham stanowcze kobiety. Nie ciągnąłem dalej tego pozbawionego sensu dialogu, tylko wskoczyłem na deskę i nie bez problemu wyciągnąłem żagiel z wody. Gdy wreszcie się udało, odwróciłem wzrok w poszukiwaniu instruktorki która miała mnie obserwować, ale nie było jej nigdzie na brzegu. Zostałem więc sam na sam z wiatrem i wodą i znowu mogłem poczuć całokształt związanej z tym niezwykłości. Istnieje coś magicznego w tym błędnym poczuciu kontroli żywiołów. Z jednej strony satysfakcja. Płynie się. W zależności od tego jak ustawisz żagiel, płynie się albo w lewo albo w prawo, albo szybciej albo wolniej. Z drugiej strony pokora. Nigdy nie wiesz kiedy zawieje mocniej, albo całkiem niespodziewanie uderzy silniejsza fala.
Schodzę z deski i od razu biegnę w kierunku boisk do piłki nożnej plażowej. O 14:00 gramy pierwszy mecz turniejowy. Ten morderczy sport, poza jedną piłką i dwiema bramkami, w swej istocie nie ma zbyt wiele wspólnego z klasycznym futbolem. Przewidziany jest chyba tylko dla ludzi którzy opanowali sztukę żonglerki i wymiany kilku podań górą bez upuszczenia piłki. W przeciwnym wypadku konieczność biegania interwałów po piasku przez 40 minut w parzącym słońcu odbiera uczestnikom jakąkolwiek przyjemność. Niestety nasi przeciwnicy okazali się lepsi, ale przed nami siatkówka plażowa w systemie 4na4. Przed tym jednak idziemy zjeść w plażowym barze. Jeśli masz w wyobraźni stereotypowy bar przy plaży w Portugalii, to wiedz że ten był właśnie taki. Obskurny, bardziej słomiany niż ceglany, z mnóstwem plastikowych krzeseł i leżaków. Aż się chciało w nim siedzieć tylko dlatego, bo był taki jak powinien. Zjedliśmy za 7,50 euro po gigantycznym talerzu smażonych ryb, pieczonych ziemniaków i sałaty i poszliśmy grać w siatkę. Bez większych problemów wygrywamy pierwsze dwa spotkania. Okazuje się że nasza paczka często spotyka się w Madrycie aby poodbijać. Co więcej Pablo jest graczem jednej z drużyn hiszpańskiej, siatkarskiej ekstraklasy – VP Madrid! Jeśli dodasz do tego mój polski sznyt wyniesiony z wielu godzin katorżniczych Wfów (!!!), Nienawistna Ósemka staje się ekipą z ambicjami do zdobycia mistrzostwa International Sports Meeting 2016. Tymczasem wracamy jednak na pole namiotowe, gdzie odbywa się cowieczorny rytuał (batalia o prysznic > nieludzka lecz zbawcza sjesta > przepyszna kolacja > szalona impreza w namiocie).

IMAG0199
Słuszna porcja ryby w plażowym barze

Dzień 3. Epilog

Tak jak poprzedniego poranka zerwałem się jako pierwszy, ten należy dla równowagi do mojego wewnętrznego lenia. Jem późne śniadanie. Moralność tego, który nie przywiózł ze sobą nic co podniosłoby standard pragmatyzmu naszego obozowiska, zmusza mnie do sprzątania. Poznaję naszych sąsiadów z którymi jem drugie śniadanie. Okazuje się, że tak na prawdę poznaliśmy się już zeszłej nocy. Wreszcie koło 13:00 ruszam ostatni raz w stronę oceanu. Dołączam do chłopaków. Wygrywamy kolejne 2 mecze siatkówki. Przed nami już tylko półfinał i finał. W międzyczasie idziemy postrzelać z łuku. Na 3 próby zero trafionych w tarczę. I tak nigdy nie lubiłem Legolasa.
Wracamy na boiska do siatki. W półfinale gnieciemy rywali, dając im zdobyć w sumie mniej niż 10 punktów. Nie wiadomo czy dlatego, że znów jesteśmy „on fire”, tym razem w nieco innym znaczeniu niż pierwszej nocy, a może dlatego że Vents wyciągnął na tę okazję swoją tajną broń – seledynowy fartuch kuchenny z napisem „Pro Pollo”. Pro to pro, a pollo to kurczak. Całą kompozycję wzbogaca naszywka pieczonego kurczęcia, różowe kąpielówki oraz zbędne 20kg masy ciała. W jakiś niewyjaśniony sposób nadała ona głębszy sens naszemu występowi w decydującej fazie rozgrywek. Nadchodzi pierwszy gwizdek finału. Przyciągnął sporo widzów. Na oko 200-300 komórek mega-organizmu. Za przeciwników mieliśmy ekipę dwumetrowych chłopisk ubranych w jednolite, sportowe stroje, którzy bezlitośnie wbijali gwoździe swoimi potężnymi atakami. Po naszej stronie siatki Pablo, wola walki i Pro Kurczak który po prostu musiał odnieść sukces. Broniliśmy tego postanowienia jak Jasnej Góry. O dziwo większość publiczności nie była po naszej stronie. Być może nasi przeciwnicy reprezentowali miejscową drużyną, być może przywieźli ze sobą grupę fanów, a może po prostu ludziom nie spodobał się seledynowy kolor fartucha Ventsa. Niestety nigdy się tego nie dowiemy, ponieważ do kart historii przechodzą tylko zwycięzcy, NIENAWISTNA ÓSEMKA! Zdobywcy drugich miejsc od zawsze skazani są jedynie na spowicie kurzem czasu.

IMG-20160327-WA0004
Zwycięzcy turnieju. Sławetny fartuch na pierwszym planie

Ostatnia noc zazwyczaj rządzi się nieco innymi prawami i tak też było w naszym przypadku. Najpierw pokazałem chłopakom jak to fajnie jest nie tracić godziny w kolejce do skorzystania z przywileju czystości, a potem pojechaliśmy zjeść zasłużoną kolację na mieście. Trafiliśmy do restauracji „A Garagem”. Za niecałe 13 euro zjadłem miskę gęstej zupy, przepyszny stek z tuńczyka i tartę migdałową oraz wypiłem gratisowe piwko. W zasadzie w wielu lokalach w Hiszpanii i Portugalii cena jakiegokolwiek posiłku zawiera w sobie napój. Możemy poprosić o cokolwiek z coca-colopodobnych, sok, piwo lub sangrię. Jak pewnie zauważyliście, jedzenie poza domem jest też zaskakująco tanie, nawet po przeliczeniu na PLN. W momencie kiedy wylewało się ze mnie i myślałem, że nie zmieszczę już w siebie więcej, kelner postawił na stole do połowy pełną flaszkę i tacę z kieliszkami. Z uśmiechem na swojej nażelowanej i zniszczonej słońcem facjacie stwierdził, że musimy spróbować lokalnego likieru migdałowego. Tym razem na koszt firmy!  Ciężko wyobrazić sobie lepsze pożegnanie. Na koniec ostatnia z dzikich fiest w carpie, a nazajutrz senny powrót, podczas którego przebudzałem się zawsze dochodząc do jednego wniosku. Brakuje takiego festiwalu nad polskim Bałtykiem!

Jak nie narzekać na brak pieniędzy?

Artykuł ten kierowany jest do ludzi, którzy mają gdzie spać i mają co włożyć do garnka. Podejrzewam że skoro go czytasz, spokojnie się do nich zaliczasz!

To nie prawda, że pieniądze szczęścia nie dają. Na pewno, bez głębszego zastanowienia, jesteś w stanie wymienić co najmniej jedną rzecz którą chciałbyś mieć „gdybyś tylko miał za co”. Nie wątpię, że jej posiadanie uczyniłoby cię szczęśliwym. Problem pojawia się jednak wtedy, kiedy to brak pieniędzy jest źródłem twojego nieszczęścia. Jeśli jest jest tak w twoim przypadku, pozwolę postawić sobie odważną tezę: wina leży tylko i wyłącznie po twojej stronie. I nie chodzi tutaj wcale o błędy zawodowe popełnione w przeszłości, ale o błędne nastawienie z którym budzisz się obecnie każdego dnia.

Bezsens narzekania na sytuację ekonomiczną w twoim kraju

Na początku o tym, co osobiście najbardziej przyczyniło się do zmiany mojego podejścia dotyczącego pieniędzy. O tym, co uświadomiło mi jak bardzo pozbawione sensu były moje wszystkie narzekania w stylu „zarabiam za mało…” i „nie stać mnie ani na to ani na tamto…”. Wcześniej starałem się nieskutecznie wyzbyć tego biadolenia, wyobrażając sobie głodującego murzynka z wydętym brzuchem, który z rozpaczy je korę z drzewa. Nie pomagało. Widocznie trzeba zobaczyć ten obraz na własne oczy. Samemu pojechać do Etiopii, albo do Indii gdzie kontrast między skrajną biedą, a normalnym życiem potrafi podobno skłonić do niesamowitych przemian wewnętrznych. Nie pomagała też świadomość, że mój dziadek będąc w moim wieku przybywał w niemieckim obozie pracy, żyjąc przez ponad rok o jednej misce zupy dziennie. Moja wyobraźnia była wystarczająco silna żeby mnie wzruszyć, ale jednak na tyle słaba, żeby nie uwolnić mnie od śmiesznych narzekań, których przedmiotem był na przykład brak własnego samochodu. Pomogły dopiero liczby. To, co nie udało się za pomocą własnej wyobraźni, uświadomił mi jeden tylko filmik na Youtubie w którym amerykański dziennikarz Roy Beck przedstawia za pomocą kolorowych kuleczek ogromny problem biedy w skali światowej. W 2010 roku 3 miliardy ludzi żyło za mniej niż 2 dolary dziennie! Miałeś więc około 50% szansy urodzić się jednym z nich. 50/50. Rzut monetą. Orzeł czy reszka? Z ciekawości zacząłem szukać dalszych statystyk. Najbardziej frapujące z nich przedstawiam poniżej.

☼ 10% osób na świecie nie ma dostępu do wody pitnej (United States Census Bureau Estimates)

☼ 33% osób nie ma dostępu do toalety (United States Census Bureau Estimates)

☼ Jeśli nie słyszałeś o takim kraju jak Bangladesz, to wiedz że mieszka tam aż 160 mln osób, z których w 2010 r. 43% żyło w skrajnym ubóstwie (World Bank)

☼ Zgodnie z www.worldhunger.org prawie 800 mln osób cierpi z powodu głodu. Jednocześnie na świecie produkuje się obecnie wystarczająco dużo żywności, aby wyżywić wszystkich. Problemem jest jednak brak środków.

Dopiero statystyki uświadomiły mi więc jak wiele ludzi na świecie cierpi z powodu prawdziwych problemów i pozwoliły mi zamienić moje wcześniejsze zrzędzenie na cieszenie się z każdego dnia mojego zajebistego życia! Polecam zrobić to samo, zanim zaczniesz marudzić o jeszcze bardziej błahe sprawy, niż sytuacja ekonomiczna w twoim kraju. Jak widać niektórym już się zdarza. 

Jak nie narzekać na brak pieniędzy?

Chciej więcej, ciesząc się tym co masz

„Tajemnica dzisiejszego społeczeństwa tkwi w rozwoju sztucznie wytworzonego poczucia niedostatku, ponieważ nic nie może stanowić większego zagrożenia dla jego fundamentalnych zasad niż fakt, że ludzie mogliby być w pełni zadowoleni z tego co już mają. To, co ludzie posiadają, ulega deprecjacji i pomniejszeniu w porównaniu z natrętnie rzucającą się w oczy ekstrawagancką konsumpcją ludzi zamożnych. Bogaci stają się przedmiotem powszechnego podziwu.” – Jeremy Seabrook, brytyjski pisarz i dziennikarz.

Nic dodać nic ująć. Odnoszę wrażenie, że zbyt często bierzemy czyjeś bogactwo za ostateczny punkt odniesienia w poszukiwaniu szczęścia. Wiecznie porównujemy nasz dobytek, z tym czego nie posiadamy, a co ma ktoś inny. W wyniku czego zamartwiamy się tym, jak wiele brakuje nam do osiągnięcia pułapu osoby X. Krystian ma motocykl, Władek większe mieszkanie, Anka często wyjeżdża za granicę, Łukasz jest miejskim zwierzakiem i chodzi po najlepszych lokalach, a TY chciałbyś mieć to wszystko… Jak? Na jakiej podstawie? Ustaliliśmy już, że i tak masz więcej, niż połowa mieszkańców Ziemi, więc nie za dużo tej zachłanności? Moim zdaniem szczęście jest nierozłącznie powiązane z pewnego rodzaju pokorą. Z jednej strony powinniśmy cieszyć się z tego co mamy, zamiast żyć wiecznym pościgiem za przyszłością. Jeśli nie umiesz zatrzymać się i docenić teraźniejszości, umrzesz w biegu nigdy nie doceniwszy tego co miałeś. Z drugiej jednak, trzeba wyznaczać sobie cele, ale tylko z szacunkiem wobec swoich talentów i cech charakteru. Nie zapominaj kim jesteś ty sam i że sztuczna chęć posiadania dokładnie tego co mają inni, prawdopodobnie zaprowadzi cię donikąd. Oczywiście nie jest to łatwe w czasach w których żyjemy. Internet pozwala nam zobaczyć więcej niż kiedykolwiek i stwarza poczucie, że można mieć wszystko, napędzając podstępnie małego konsumpcjonistę w każdym z nas. Sam kilka razy dziennie łapię się na tym, że siedząc przed komputerem myślę „Aaaaale chciałbym tam być” albo „Aaaaale super byłoby to mieć”. Zawsze pamiętam jednak, że to co na prawdę jest fajne i super dzieje się tylko wokół mnie, ponieważ wiodę tylko i wyłącznie swoje życie i nigdy nie będę mógł ani mieć ani doświadczyć wszystkiego tego co prawie 3,5 miliarda często upubliczniających się użytkowników Internetu.

Często spotykam także osoby, które twierdzą że bardzo chciałyby coś robić, ale nie mogą bo nie mają $$$. Być może brak kasy faktycznie blokuje rozwój twojej pasji na 100%, ale przecież nie trzeba zaczynać zawsze z najwyższego pułapu. Zamiast skupiać się na tym czego nie masz, pomyśl jak wykorzystać to, co masz. Nie stać Cię na podróż do Australii? Szukaj ludzi którzy tam byli, czytaj książki i eksploruj Internet, zorganizuj event i opowiedz ludziom o tym kim jesteś, a być może pojawi się możliwość wyjazdu, o której wcześniej nawet nie myślałeś. Kochasz taniec, ale nie stać Cię na codzienne zajęcia w najlepszej szkole tańca? Zacznij samemu i staraj wdrażać się w środowisko taneczne, a wkrótce perspektywy rozwoju same zaczną się wyłaniać. Jeśli na prawdę chcesz coś robić, na pewno nie potrzebujesz funduszy żeby zacząć!
Nie traktuj pieniędzy jako ostatecznego celu ani nie wyobrażaj sobie wszystkiego co robisz jako stopni schodów ku bogactwu, bo bardzo prawdopodobne jest że się na tym podejściu przejedziesz. Forsa nie leży w naszej naturze. Mimo że jest nieodłączną częścią naszego życia, nadal jest tylko wynalazkiem. Żyj z nią, ale nie daj jej się zwariować :).

 

Mam 24 lata. Co dały mi języki obce?

To, że warto uczyć się języków obcych to truizm. Często słyszy się, że znajomość jednego to już standard, że bez angielskiego to ani rusz na rynku pracy, że poszerza perspektywy i że daje inne spojrzenie na świat. Postaram się uniknąć tych wyświechtanych, lecz prawdziwych frazesów. Z perspektywy 24-latka, który zna 2 języki obce i mieszkał w 4 krajach, postaram się przedstawić wam moje własne wnioski, z których większość wypłynęła u mnie stosunkowo  niedawno. Mam nadzieję, że będą one dla was motywacją do nauki!

W ojczyźnie

Moim zdaniem niewiele cech charakteru jest tak ważna jak pewność siebie. Nie mam na myśli braku strachu przed publicznymi wystąpieniami; ani zarozumiałości i pyszałkowatości; ani też zdecydowania i stanowczości.  Chodzi mi o taką prawdziwą pewność SIEBIE. Języki obce dały mi poczucie, że zawsze dam radę. Jak nie mogę biec, to będę szedł; a jak nie będę mógł iść, to sobie poleżę (parafrazując pana Jacka Walkiewicza), ale zawsze będzie OK! Z jednej strony wiąże się to z tym, że proces nauki języka, od poziomu zero do umiejętności sytuacyjnego żartowania (podobno jest to wyznacznik opanowania danego języka) nie jest krótki. Wymaga on pewnych poświęceń i przede wszystkim wytrwałości i czystej zajawki. Jednak jak już osiągniesz to co sobie założyłeś, po prostu czujesz się silniejszy! Z drugiej strony, otwiera drogę do ułożenia sobie życia zagranicą. Abstrahując, w dobie różnych definicji patriotyzmu, od tego czy to słuszne czy nie – po prostu warto mieć plan B. W końcu nigdy nie wiadomo jak może potoczyć się twoje życie w ojczyźnie.

Kolejny niezaprzeczalny plus – języki obce otwierają, a raczej poszerzają, drogę do rozwijania własnych zainteresowań. Mówi się, że w Internecie znajduje się wszystko. Oczywiście jest to przenośnia, ale polski Internet to jednak, przy anglojęzycznym, plankton. Kiedyś znajomość języka angielskiego pozwalała mi docierać do kopalni informacji na temat kultury Hip-hop, a obecnie bardzo przydaje się do zdobywania rzetelnych i szczegółowych informacji na temat e-commerce. Mój drugi język obcy – hiszpański – wykorzystałem zaś ostatnio do pisania poprzedniego artykułu o yerba mate. Naturalnie podaję tutaj moje własne przykłady, ale jestem w stanie wyobrazić sobie podobne sytuacje z innymi  językami (włoski umożliwi miłośnikowi dostęp do oryginalnych, sycylijskich przepisów na pizzę, japoński da amatorce mangi możliwość oglądania najbardziej pokręconych kreskówek, a  czukocki…) Dobrze jest móc badać korzenie swoich pasji, jeśli wywodzą się one spoza naszej ojczyzny!

 

Co dały mi języki obce - W Zgodzie Blog

Znajomość języka obcego otwiera nam także perspektywę pozyskania co najmniej jednego wolnego zawodu. Odejdźmy od jego prawnej definicji. W moim przekonaniu wolny zawód to taki, który nie wymaga twojej stałej obecności w konkretnym miejscu i o konkretnej porze. Dla niektórych możliwość zarabiania, bez konieczności  przebywania w tym samym miejscu i o tej samej porze przez 45 tygodniu w roku, jest wręcz marzeniem. A o spełnianie marzeń w życiu chodzi, więc być może język obcy będzie w tym wypadku dla Ciebie kluczem!
Chodzi oczywiście o zawód tłumacza. Zlecenia, także na tłumaczenia konsekutywne, spokojnie zdobywać można przez Internet, i to nie tylko ten polski! Myślisz, że na Litwie nie szukają tłumaczy polsko-litewskich? Mało tego, znając język obcy, możesz poszerzyć dla siebie rynek, na którym dotychczasowo świadczyłeś swoje usługi. Dobry grafik komputerowy, który wcześniej reklamował się tylko w Polsce, po przyswojeniu, dajmy na to, portugalskiego na pewno uszczknie dla siebie część tamtejszego rynku :).

Dodatkowo, znając dobrze dany język; po przejściu całego procesu od literowania wyrazów, przez gramatykę, aż do nauki idiomów; i mając odpowiednie podejście, posiadasz wszystko żeby zostać nauczycielem lub korepetytorem. Moim zdaniem to świetny zawód przed 30-stką, którego nie ma co się wstydzić! Pracowałem jako korepetytor przez ponad rok i, mimo mojego negatywnego nastawienia na początku i przekonania, że niczego się nie nauczę, wyciągnąłem coś więcej niż tylko $. Nauczyłem się precyzyjniej i skuteczniej przekazywać informacje i odnoszę wrażenie, że ludzie lepiej rozumieją teraz to co mam do powiedzenia. To bardzo praktyczna umiejętność! Poza tym nigdy nie wiadomo kiedy przyjdzie Ci poprowadzić prezentację a nawet szkolenie!

Poza

Znajomość języka jakim posługują się mieszkańcy kraju do którego wyjeżdżamy redefiniuje pojęcie podróży. Jest po prostu jeszcze lepiej. Po pierwsze instytucja biura podróży staje się jeszcze bardziej zbędna. Znając język miejsca które odwiedzamy, już na pewno nie potrzebujemy nikogo, kto poprowadzi nas za rączkę. Możemy sami udać się wszędzie i nigdzie z poczuciem, że damy sobie radę, bo przecież zawsze zrozumiemy znak zakazu lub będziemy mogli spytać kogoś o drogę mając pewność, że się dogadamy. Z resztą nie tylko o drogę i nie tylko spytać. Pogaduszki z miejscowymi to cudowny sposób na poznanie kultury i doświadczenie prawdziwego vajbu miejsca. Oczywiście to tylko czubek góry lodowej. Zewsząd bombardują nas bodźce zakodowane w danym języku. Dzięki znajomości hiszpańskiego, jestem w stanie zrozumieć napisy na budynkach, słowa piosenki wydobywające się z przejeżdżającego Seata, reklamy Google, mapę którą dostałem w informacji turystycznej, WSZYSTKO. Dostaję na talerzu najpełniejszy obraz Hiszpanii jaki tylko można otrzymać.
Znając język, prostsze jest także samo zaplanowanie podróży. W dobie Internetu, jeszcze przed wyjazdem, mamy możliwość skontaktowania się z tubylcami których nie znamy, załatwienia taniego noclegu lub zdobycia jakiejkolwiek informacji którą uznamy za przydatną. Oczywiście nie trzeba mówić, że w większości wypadków jest to możliwe tylko wtedy, gdy znasz język obcy (Google Translate nadal nie jest idealnym tłumaczem :D).

Co więcej dały mi języki obce? Przede wszystkim znajomość  pierwszego (angielski) ułatwiło nauczenie się kolejnego (hiszpański). Po prostu raz przeszedłem już tę drogę i podświadomie wiedziałem na co zwracać uwagę podczas nauki następnego.  Dodatkowo, kiedy dochodzisz na poziom komunikatywny, satysfakcja z możliwości wykorzystania go w praktyce jest niesamowita. Koniec końców ciężko wyobrazić sobie lepszą nagrodę!
Dodaj więc wszystko to do słów twoich rodziców i znajomych, a może się okazać że ucząc się języka obcego, w fajny sposób odmienisz swoje życie. Oczywiście najlepiej obrać sobie już na początku jakiś dodatkowy cel związany z nauką. Sztuka dla sztuki nie ma dużego sensu, a poza tym łatwo wtedy zgubić gdzieś po drodze motywację!

Kofeina. Yerba mate – dlaczego pijemy kawę?

 

UWAGA! Artykuł może wydawać się tendencyjny, jako że kawę pijam bardzo rzadko! Niemniej jednak moim zdaniem nie bez powodu. Poniżej przedstawiam argumenty, dla których uważam zdecydowaną większość kawy dostępnej na rynku jako „niezdatną”; a także, aby nie zostawić Cię zamulonego i niepobudzonego, obszerną listę zalet yerba mate. Odkładam też na bok kwestie smaku. Prawdopodobnie lwia część osób wybrałaby pod tym kątem kawę i jest to pewnie największa wada yerby. Miejmy jednak na uwadze, że większość pije kawę z cukrem i/lub mlekiem. Czy sama w sobie, czarna i gorzka byłaby tak wiele gorsza niż indiański napar? Nie zapominajmy także o smakowych mate, z suszonymi owocami, aaaaale do dyskusji na ten temat zapraszam w komentarzach.

Kilka słów o yerba mate.

Ci którzy słyszą o yerbie pierwszy raz, lub znają ją jedynie powierzchownie, niech czytają uważnie. Yerba mate to hiszpańska nazwa rośliny Ilex Paraguarensis (Ostrokrzew Paragwajski), uprawianej w wielu krajach Ameryki Południowej (m.in. Paragwaj, Argentyna, Urugwaj, Brazylia). Nie bez powodu zestawiamy ją z kawą – napar z yerby zawiera kofeinę. Mówimy o różnym jej stężeniu, w zależności od techniki i regionu uprawy. Oprócz tego ten gatunek ostrokrzewu jest niezwykle bogaty w witaminy i minerały, o czym będzie trochę niżej.
Mimo, że w cywilizowanych krajach pierwszego świata jest nowością, przez co niektórzy traktują ją z góry jako napój hipsterów, yerba mate była spożywana przez Indian prekolumbijskich od co najmniej XV wieku. Jak możemy przeczytać w relacji z Pierwszego Międzynarodowego Sympozjum o Yerba Mate, która miała miejsce w Montevideo w 2008 roku (będzie ona cytowana kilkukrotnie), była ona dla Indian z plemienia Guarani jednym z fundamentów diety, ze względu na swoje właściwości pobudzające. Mówimy więc o czymś, co zostało już przetestowane i nie gryzie!

Yerba Mate tykwy W Zgodzie Blog
Tykwy do picia yebra mate. Metalowa rurka to tzw. bombilla – słomka z sitkiem.

Dlaczego kawa?

Zanim jednak rozpiszę się o yerbie, powiem dlaczego moim zdaniem nie warto pić kawy, a przynajmniej większości jej rodzajów dostępnych obecnie na rynku europejskim.

Do dziś nie wyłoniono ostatecznego zwycięzcy batalii między tymi, którzy uważają picie kawy za zdrowe, a tymi którzy sądzą że to szkodliwe. Nie opowiadałbym się całościowo za żadną ze stron. Na pewno picie kawy w normalnych ilościach (sami powiedzcie mi co znaczy „normalna ilość”) nie jest szkodliwe na tyle, żeby powodować choroby serca, co postulują jej zagorzali przeciwnicy. Niemniej jednak jestem zdania, że kawa którą kupujemy w supermarketach jest potwornie przetworzona. Jest to mój największy zarzut wobec małej czarnej. Mam tutaj na myśli także sypane kawy do ekspresów, nie wspominając oczywiście o kapsułkach, miksach X w jednym oraz rozpuszczalnych. Odnoszę wrażenie, że ziarno, jakkolwiek zmielone by nie było, po prostu nie powinno rozpuścić się we wrzątku. Zamiast świeżych, jakościowych ziaren, pijemy więc głównie napar ze zmielonego, czarnego proszku, którego walory są wątpliwe. To trochę tak, jakby porównać sypaną herbatą z miałką zawartością torebeczek. Mówiąc kolokwialnie, LIPTON!

Ale opinia jest jak wiadomo co i każdy ma swoją. Posłuchajmy więc ekseprta, Ashera Yarona, miłośnika kawy i właściciela F.R.E.A.K. Coffee (Fresh Roasted Enak Arabica from Kintamani).

Asher Yaron – TED Talk

 

W skrócie:

  •  Kawa pełniła pierwotnie istotną funkcję podczas wielu rytuałów. Zawsze spożywana świeżo palona.
  •  Kawa traci witalność po tygodniu od procesu palenia (nie mylić z suszeniem – suszone ziarna można przechowywać latami).
  •  Jedynie przez ten tydzień kawa cechuje się właściwościami farmakologicznymi, korzystnymi dla naszego mózgu.
  •  Po paleniu oraz po ostudzeniu, ziarna kawy muszą przejść przez proces tzw. stabilizacji. Trwa on jednak zaledwie kilka godzin, a nie kilka dni lub tygodni, jak twierdzą masowi producenci.
  •  Smak świeżo palonej kawy jest nieporównywalnie pełniejszy niż smak zwietrzałej kawy sklepowej.

Dlaczego by nie yerba?

Yerba mate, tak jak tradycyjna herbata, jest suszem. Omijamy więc problem zbędnej utraty jakości, związanej z krótki okresem maksymalnej jakości po procesie palenia. Jeżeli ktoś widział susz mate, wie że wygląda dokładnie tak jak powinien, jak ususzona roślina – jest nieprzetworzony. Oczywiście nie mówię tutaj o pojawiającej się ostatnio w sklepach mate w klasycznych, herbacianych torebeczkach, które po prostu zalewamy wrzątkiem. Zdecydowanie odradzam takie rozwiązanie. Zaparzanie yerba mate jest mini-rytuałem, którego warto przestrzegać, jeśli chce się poczuć prawdziwą moc naparu. Proces ten jest zazwyczaj opisany na opakowaniu yerby. Można także poczytać o nim na stronach internetowych sprzedawców.

Czy poklepie? Mogę zagwarantować, że jeśli czujesz wpływ kofeiny zawartej w jednej filiżance kawy, tym bardziej poczujesz 1-2 zalania yerby. Stężenie kofeiny (mateiny) oscyluje zazwyczaj około 400mg dla porcji 50g/500ml wody. Wcześniej wspomniałem także o witaminach i minerałach obecnych w yerba mate. W zależności od uprawy z której pochodzi, zawiera ona różne ilości witamin A, B1, B2, B3, B5, B6, B9, B12, C i E oraz magnezu, potasu, fosforu, sodu, cynku, wapnia, żelaza i błonnika. Nie mówimy więc o czystym kopnięciu kofeinowym, a o energetyczno-witaminowo-mineralnym miszmaszu, którego działanie na organizm różni się w zależności od gatunku suszu. Metodą prób i błędów, znajdziesz swój ulubiony!

Zgodnie z Technical Data Report for Yerba Mate wydanym przez Sage Press Inc. yerba mate znakomicie wspomaga także proces odchudzania! Być może będzie dla Ciebie remedium, którego szukałaś od dawna! Ten sam raport wielokrotnie wspomina także o obecnych w suszu antyoksydantach, o których jest ostatnio tak głośno. Nic dziwnego – zmniejszają one prawdopodobieństwo wystąpienia nowotworów oraz spowalniają procesy starzenia!
Niech dowodem na potencjał yerba mate będzie to, że znajduje się ona nie tylko w Argentyńskim Kodeksie Żywności, ale także w tamtejszym Urzędowym Spisie Leków. Udowodniono także, że yerba mate chroni przed skutkami szkodliwego promieniowania.

Yerba Mate W Zgodzie

Osobiście nie jestem uzależniony od kofeiny. Są miesiące kiedy pije yerbę 3-5 razy w tygodniu. Są też długie okresy, kiedy w ogóle nie czuję żebym potrzebował „wsparcia”. Na świecie są jednak setki milionów osób, które nie mogę żyć bez porannej i poobiedniej czarnej i nie ma w tym nic złego! Mimo tego polecam przełamać się, odejść od sztucznej kawy rozpuszczalnej i spróbować naturalnej przygody z yerbą. Jestem niemal pewny że poczujesz się jeszcze żywiej, a tego nadrobisz braki w witaminach i minerałach! Tak czy siak spróbujesz jej prędzej czy później. Eksport z Ameryki Południowej rośnie z roku na roku. W 2015 z samej tylko Argentyny wyjechało ponad 800 000 ton yerba mate. Potem możesz więc tylko żałować, że nie zrobiłeś tego wcześniej :D.